Dlaczego roboty wspinające się są lepsze od alpinistów przemysłowych?
W listopadzie 2024 roku na farmie wiatrowej pod Iłżą stanęliśmy przed wyborem: wysłać na łopatę człowieka w uprzęży czy naszą maszynę wspinaczkową. Wiało wtedy jednostajnie 11,2 m/s, co dla alpinisty oznaczało koniec pracy i powrót do bazy, a dla nas tylko krótką kalibrację czujników. Wybraliśmy robota i skończyliśmy przegląd w 144 minuty, podczas gdy ekipa linowa musiałaby czekać dwa dni na poprawę pogody.
Bezpieczeństwo i limity ludzkiego organizmu
Praca na wysokości 90 metrów to nie są żarty, szczególnie gdy w grę wchodzi wilgoć i zmienne podmuchy wiatru. Alpinista przemysłowy, nawet ten z dziesięcioletnim stażem, po 4 godzinach wiszenia w uprzęży traci precyzję ruchów o około 32%, co wynika z czystego zmęczenia mięśni i ekspozycji na zimno. Robot wspinaczkowy, którego używamy w Falconnakis, nie zna pojęcia drżenia rąk czy spadku koncentracji przy niskich temperaturach.
W zeszłym roku w całym regionie radomskim odnotowaliśmy 8 sytuacji, w których ekipy linowe musiały przerwać pracę ze względu na nagłe pogorszenie warunków atmosferycznych. Nasz sprzęt operuje bezpiecznie przy wietrze dochodzącym do 14 m/s, co pozwala nam pracować przez 210 dni w roku, podczas gdy tradycyjne metody ograniczają ten czas do około 145 dni. To realna różnica, która przekłada się na mniejsze straty z tytułu nieplanowanych postojów turbin u naszych 47 stałych kontrahentów.
Swoją drogą, robot nie potrzebuje ubezpieczenia na życie o wysokiej składce, co bezpośrednio wpływa na cenę, jaką wpisujemy w kosztorysie dla klienta. Maszyna waży tylko 16,3 kg i trzyma się powierzchni łopaty dzięki systemowi podciśnienia, który testowaliśmy w trudnych warunkach przez ostatnie 14 miesięcy. Jeśli dojdzie do awarii zasilania, mechaniczne blokady utrzymują urządzenie na miejscu, co eliminuje ryzyko upadku sprzętu na ziemię z dużej wysokości.
Robot nie mruga, nie poci się i nie potrzebuje przerwy na ogrzanie rąk przy minus pięciu stopniach.
Precyzja obrazowania i wykrywanie defektów
Ludzkie oko jest świetne, ale nie widzi w podczerwieni ani nie potrafi wykryć rozwarstwień strukturalnych ukrytych 4 mm pod powłoką lakierniczą. Podczas inspekcji prowadzonych w marcu 2024 roku nasz robot wykrył 12 mikropęknięć na krawędzi spływu łopaty, których nie zauważyła ekipa alpinistyczna pracująca na tej samej turbinie dwa tygodnie wcześniej. Korzystamy z głowic wyposażonych w matryce Sony o rozdzielczości 61 MP, co pozwala na powiększenie zdjęcia bez utraty ostrości nawet przy słabym oświetleniu.
Każdy milimetr łopaty jest skanowany z tą samą dokładnością, niezależnie od tego, czy jest to pierwsza, czy siódma godzina pracy tego dnia. Alpinista często spieszy się przy ostatniej łopacie, bo chce już zjechać na dół, co jest ludzkie, ale ryzykowne dla właściciela farmy. My dostarczamy raport, w którym każde uszkodzenie ma przypisane dokładne współrzędne GPS i wysokość nad poziomem gruntu, co skraca czas późniejszej naprawy o blisko 23%.
W naszych zasobach mamy obecnie 3 takie jednostki wspinaczkowe, co pozwala nam obsługiwać duże zlecenia w tempie, o którym alpinistom trudno nawet marzyć. Przykładowo, pełna inspekcja wszystkich łopat jednej turbiny zajmuje nam średnio 3,2 godziny od momentu wyjęcia sprzętu z auta. Ekipa linowa potrzebuje na to samo zadanie minimum 6,5 godziny, wliczając w to żmudne rozstawianie systemów asekuracyjnych na szczycie gondoli i transport ciężkich lin.

Logistyka i czas przygotowania stanowiska
Tradycyjny serwis wiatraków wymaga przyjazdu co najmniej trzech osób i sporej ilości ciężkiego szpeju, który trzeba wciągnąć na górę. Nasza ekipa z Radomia składa się zazwyczaj z dwóch techników: operatora robota i asystenta dbającego o bezpieczeństwo strefy naziemnej. Cały sprzęt mieści się w jednym aucie typu pick-up, co redukuje koszty dojazdu o blisko 40% w porównaniu do standardowych furgonetek wypakowanych kilometrami lin i blokadami.
Zauważyliśmy, że większość przestojów wynika nie z samej naprawy, ale z czasu potrzebnego na uzyskanie zgód i przygotowanie zabezpieczeń. Używając robota, ograniczamy czas wyłączenia turbiny do absolutnego minimum, ponieważ nie musimy montować punktów kotwiczących na zewnątrz gondoli. W czerwcu 2024 roku, na zlecenie firmy z okolic Lipska, przeprowadziliśmy 14 przeglądów w tydzień, co przy metodach alpinistycznych zajęłoby nam co najmniej 18 dni roboczych.
Wchodzimy tam, gdzie inni nie mogą, bo nasz robot potrafi poruszać się po mokrych i śliskich powierzchniach bez ryzyka poślizgu. To kluczowe jesienią, kiedy poranne mgły w Radomiu i okolicach utrzymują się do godziny 11:00. Alpinista musi czekać, aż słońce osuszy łopaty, my zaczynamy pracę o 7:30, zaraz po wypiciu pierwszej kawy. Dzięki temu nasi klienci odnotowują wzrost wydajności produkcji energii średnio o 16% w skali miesiąca inspekcyjnego.
Przygotowanie maszyny do startu trwa 17 minut. Alpinista w tym czasie dopiero wiąże buty i sprawdza uprząż.
Koszty przestoju i realne oszczędności
Konkrety na stole: każda godzina postoju turbiny o mocy 2 MW to strata około 340 złotych przy obecnych cenach energii, zależnie od siły wiatru. Jeśli inspekcja robotem trwa o 3 godziny krócej niż alpinistą, właściciel oszczędza ponad 1000 złotych na samym skróceniu przestoju przy jednej maszynie. Przy farmie liczącej 12 wiatraków, oszczędność ta rośnie do kwoty 12 000 złotych, co niemal pokrywa koszt naszej usługi inspekcyjnej.
Naprawy łopat wykonujemy również szybciej, ponieważ robot może dostarczyć żywicę i maty szklane bezpośrednio w miejsce ubytku, działając jako platforma pomocnicza. W sierpniu 2024 roku naprawialiśmy uszkodzenie po uderzeniu pioruna na turbinie pod Skaryszewem. Zastosowanie robota pozwoliło nam nałożyć warstwy ochronne z precyzją do 0,5 mm, co jest trudne do osiągnięcia przez człowieka wiszącego na linie i walczącego z podmuchami bocznego wiatru.
Nie jesteśmy najtańsi na rynku, jeśli patrzeć tylko na stawkę za godzinę, ale jesteśmy najbardziej opłacalni, gdy podliczy się czas pracy turbiny. Nasze statystyki z ostatnich 83 zleceń pokazują jasno: klienci, którzy przeszli na serwis zautomatyzowany, ograniczyli wydatki na utrzymanie infrastruktury o 27% w skali roku. Bez lania wody i zbędnych przestojów – po prostu optymalizujemy to, co do tej pory było wąskim gardłem w polskiej energetyce wiatrowej.



