Drony w Radomiu – jak testujemy nowe czujniki ultradźwiękowe
W czwartek 19 września wywieźliśmy nasz sprzęt na poligon pod Radomiem, żeby sprawdzić w boju nową głowicę ultradźwiękową zamontowaną na dronie. Zamiast wysyłać technika na linach, chcemy widzieć, co dzieje się wewnątrz łopaty, stojąc bezpiecznie na ziemi.
Dlaczego odchodzimy od opukiwania łopat
Tradycyjna metoda sprawdzania łopat turbin wiatrowych polega na tym, że technik zjeżdża na linach i puka młotkiem w kompozyt, nasłuchując pustych dźwięków. Przy 83 turbinach, które mamy pod stałą opieką, taka metoda zajmuje zbyt dużo czasu i zależy od ucha konkretnego człowieka. W zeszłym roku na farmie pod Orońskiem straciliśmy 4 dni robocze tylko dlatego, że wiatr był za silny na pracę techników wysokościowych. Drony radzą sobie z wiatrem do 12 m/s, co pozwala nam pracować wtedy, gdy inni muszą zwijać sprzęt do bazy.
Podczas testów 19 września sprawdzaliśmy, czy czujnik zamontowany na stabilizatorze wychwyci rozwarstwienia o średnicy 3,2 cm ukryte pod warstwą żelkotu. Wykorzystaliśmy do tego naszą testową łopatę z 2017 roku, którą trzymamy na placu w Radomiu. Wyniki były konkretne: na 14 przygotowanych wcześniej usterek, dron wskazał bezbłędnie 13 z nich w ciągu pierwszej godziny lotu. To pozwala nam wierzyć, że przestoje turbin u naszych klientów skrócą się o deklarowane 27%, bo inspekcja odbywa się bez pełnego wyłączania maszyny z ruchu na cały dzień.
Drony pracują przy wietrze do 12 m/s, co pozwala nam działać, gdy inni zwijają sprzęt do bazy.

Techniczne detale głowicy i przesyłu danych
Nowa głowica waży dokładnie 840 gramów i komunikuje się z kontrolerem za pomocą dedykowanego pasma, co eliminuje zakłócenia w pobliżu generatora turbiny. W Radomiu mamy sporo masztów telekomunikacyjnych, więc stabilność sygnału była dla nas priorytetem podczas testów w okolicach ulicy Chrobrego. Kamil, nasz operator, zauważył, że czas reakcji czujnika na zmianę gęstości materiału to zaledwie 0,4 sekundy. Dzięki temu przelatujemy wzdłuż krawędzi natarcia z prędkością 2 metrów na sekundę, zachowując pełną precyzję odczytu.
Zastosowaliśmy oprogramowanie, które na bieżąco nakłada mapę ciepła na model 3D łopaty. W trakcie 18-minutowego lotu dron zebrał 4,2 GB danych surowych, które nasz system przeliczył na gotowy raport w 34 minuty. Dla właściciela farmy wiatrowej oznacza to, że jeszcze przed obiadem wie, czy pęknięcie na trzeciej turbinie wymaga natychmiastowego klejenia, czy może poczekać do planowanego serwisu w marcu. Konkrety na stole to podstawa naszej współpracy z operatorami energii.
Wyniki z poligonu pod Radomiem
Podczas sesji testowej skupiliśmy się na wykrywaniu wilgoci wewnątrz struktury nośnej. Wilgoć w kompozycie to wyrok śmierci dla łopaty podczas mrozów, które w naszym regionie potrafią zaskoczyć już w listopadzie. Znaleźliśmy skupisko wody o objętości około 150 ml, którego nie było widać gołym okiem ani przy użyciu standardowej kamery RGB. Czujnik ultradźwiękowy wykazał tam anomalie, które potwierdziliśmy później badaniem manualnym. To oszczędność rzędu 12 000 złotych, bo tyle średnio kosztuje awaryjna wymiana końcówki łopaty po jej rozerwaniu przez lód.
Nasz zespół składa się obecnie z 5 osób, a każdy operator drona ma wylatane minimum 140 godzin przy inspekcjach technicznych. Nie bawimy się w latanie rekreacyjne – każdy start ma przynieść dane, z których mechanik może wyciągnąć wnioski. Testy potwierdziły, że błąd pomiarowy głowicy nie przekracza 1,5%, co jest wynikiem lepszym niż przy ręcznych pomiarach grubościomierzem. Poza tym, drony nie męczą się tak jak ludzie, więc ósmą turbinę sprawdzają tak samo dokładnie jak pierwszą o 7:00 rano.
Znaleźliśmy wodę wewnątrz struktury, co zapobiegło awarii wartej 12 000 złotych.

Plany wdrożenia i najbliższe terminy
Od 1 października wprowadzamy tę technologię do standardowej oferty serwisu Falconnakis. Nie podnosimy przy tym cen dla stałych klientów, bo szybsza inspekcja to dla nas mniejszy koszt roboczogodzin na miejscu. Wchodzimy tam, gdzie inni nie mogą, czyli na farmy zlokalizowane w trudnym terenie, gdzie rozstawienie podnośnika koszowego zajmuje pół dnia. My rozkładamy matę startową w 6 minut i jesteśmy w powietrzu. Sprzęt mamy swój, nie pożyczamy, więc nie czekamy na wolne terminy w wypożyczalniach.
Obecnie mamy zarezerwowane terminy na przeglądy przedzimowe dla 14 obiektów w województwie mazowieckim. Jeśli ktoś potrzebuje szybkiego sprawdzenia stanu technicznego przed końcem sezonu, możemy zaproponować sloty na drugą połowę października. Średni czas sporządzenia pełnej dokumentacji technicznej po locie to u nas 48 godzin. Wchodzimy, robimy swoje i zostawiamy klienta z konkretnym zestawem danych. Bez lania wody i zbędnych przestojów, bo wiemy, że każda godzina, w której turbina stoi, to realna strata w portfelu.


